Mało mnie tu było ostatnio...
Czytałam niedawno o kobiecie, ktora stwierdziła ktoregoś dnia, ze mimo tego, że jej życie jest naprawde udane: piekny dom, pracujacy maż, grzeczne dziecko, tak naprawde nie jest szczęsliwa... Kupiła wiec całą mase popularnych poradników, typu "jak być szczesliwym w każdym z aspektów życia..." I mimo stosowania sie do prawie każdych z podawanych przez autorów rad, nie udalo jej się tego osągnąć.
Mało tego, okazało sie bowiem, ze brnąc coraz bardziej w udoskonalanie swojej osoby i przy okazji ludzi z jej najbliższego otoczenia, nie potrafiła juz odnaleźć siebie... I zapomniała juz o wszystkim co pozytywne, o swoich zaletach, talentach, widziała tylko wady i złe strony jej zycia, które za wszelką cenę starała sie poprawić.
Pomyślałam sobie - wiec czym tak naprawde jest szczeście?...
Czesto wydaje mi sie, ze jestem szczęsliwa bo znalazłam wkoncu swoje miejsce na ziemi, uwolniłam sie, choc w małym stopniu od koszmarów z przeszłości, znalazłam ciekawą prace, poznałam wielu wspaniałaych ludzi, wsród których znalazłam kilku prawdziwych przyjaciół.
Cały czas jednak siedzi we mnie takie poczucie niespełnienia i niewykorzystania wszystkiego, co moze ofiarować mi życie...
To jest właśnie taka ciągła tesknota, za prawdziwym, pełnym szcześciem. Gdybym miała jednak jasno i konkretnie określić, czego mi jeszcze brakuje, nie potrafiłabym chyba... Mam swoje marzenia ale czy kiedy uda mi sie je zrealizować, to czy osiagnę juz ten spokój wewnetrzny?
A moze życie, które zbyt wczesnie mnie przekonało o tym, jak zli potrafią być ludzie, jaki okrutny czasem bywa los i jak ciężko jest wytrwac, odcisnęło we mnie zbyt mocno pietno, które blokuje we mnie osiągniecie szcześcia?
Chciałabym moc sobie powiedzieć, że wszystko jeszcze przede mną. Ale czas ucieka...
A czesto mam wrazenie, ze przecieka mi zbyt szybko przez palce, niewykorzystany, zmarnowany...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz