Wróciłam znów do miasta...
Po raz pierwszy nie był to jednak taki entuzjastyczny powrót, kiedy to wzruszam się z czułości, gdy widzę światełka miejskie z oddali.
Tym razem przekraczając granicę Wrocławia, poczułam, że wracam do szarej, systematycznej rzeczywistości, którą dyktuje praca i domowe obowiązki, gotowania obiadów i wyprowadzania psa.
A za mną nadal morze...
Srogie, surowe, zniewalające zimnym, mocnym wiatrem. Mocno wciągałam ostry, słony zapach w nozdrza, tak głęboko, aby dostał się do mózgu, do krwi i został tam na dłużej.
I zabrałam z plaży mnóstwo pięknych, gładkich kamieni, którym smukły, opływowy kształt nadały morskie fale.
I które pachną morzem.
Tymczasem jestem znów tu i teraz...
I znów mam swój ulubiony kieliszek wina, a kot mruczy cicho na kolanach...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz